Nibylandia czy Holandia? Rzecz o tym jak żyć, by przeżyć.

Znaszli ten kraj, gdzie krajobraz wypełniają łany tulipanów, sery dojrzewają wolniej niż przeciętny nastolatek, a na jednego mieszkańca stolicy przypada półtora roweru? Państwo, w którym da się nie tylko przeżyć, lecz także można pożyć? Przestrzeń, w której wieś spokojna i wesoła, a miasto żywot swój wiedzie prędki i mocno wyzwolony? Tu sielsko, tam anielsko – gdzie nie spojrzeć świat piękniejszy nawet niż w dniu ślubu.

Znacie?
Ja też nie!

W moim wymyślonym księgozbiorze, opowieści o bajecznej Holandii znajdowałyby się na tej półce, gdzie ustawiłabym także inne książki, zawierające historie nieprawdopodobne: opowiadania mitologiczne, poradniki magiczne, baśnie i klechdy oraz podania. Z wykluczeniem, oczywiście, podania o pracę. Opowieści te stworzyli chyba, posiadający na ogół świetnie rozwiniętą wyobraźnię, mieszkańcy krain wschodnich, które to do siebie miewają, że zamiast mlekiem i miodem, płyną raczej alkoholem. Ich autorami mogliby ewentualnie okazać się również nowożeńcy, którzy Królestwo Niderlandów odwiedzili w ramach podróży poślubnej. Mogliby, a jakże!, gdyby nie fakt, że z owych podróży przywieźli wspomnienia – a czasami nawet i pamiątki – jedynie z poślubnych nocy.

Dla pracowników, sielankowa Holandia jest niczym zęby w tej części ciała, gdzie plecy bezpowrotnie tracą swą szlachetną nazwę. Nie ma jej, nie było i nigdy już nie będzie. Ci, którzy przebywają w tym miejscu z powodów zgoła odmiennych niż rekreacyjne, rzadko bowiem doświadczają rzeczywistości z opowieści znanej, przez turystów lubianej, a prezentowanej jedynie na pocztówce. Chyba, że jest to pocztówka, jaką ja otrzymałam kilka lat temu od swojej przyjaciółki, pracującej natenczas w okolicach wioski oddalonej kilkanaście kilometrów od miasteczka Alkmar.

Pocztówka ta dotarła do mnie wcale nie pocztą tradycyjną, a drogą mailową. Po braku gołębia pocztowego rozpoznałam niechybnie, że w Holandii – nawet tak deskami zabitej, jak wspomniana wioska – musi być jakaś cywilizacja, więc Internetu nie nosi się we wiadrze. Co ciekawe, pocztówka nie przypominała swoim kształtem ogólnodostępnych widokówek w kształcie sera, tulipana czy twarzy polityka. Była – nie mniej, nie więcej – zwyczajnym zdjęciem. Być może, nawet nie całkiem zwyczajnym. W przeciwieństwie bowiem do większości poprawionych tu i ówdzie obrazków, ukazujących podkoloryzowane życie i prawdę w lepszym zwierciadle, czyli to, co każdego dnia z dumą pokazujemy swoim  mniej lub bardziej znajomym na portalach społecznościowych, prezentowała prawdę nagą. Niezbyt jednak seksowną – raczej gorzką i bolesną. Jak powiedziałby poeta: była kolorową fotografią, przestawiającą szarą rzeczywistość.

Na tym z życia wziętym obrazku zobaczyć można było usytuowane w szeregu niewielkie domki, po przeciwnej zaś stronie budynki o wiele większe, a co za tym idzie również o wiele wyższe. Tylko ludzie doświadczeni – a ja wówczas taka nie byłam, gdyż było to parę zmarszczek temu – rozpoznają w nich domki i hale pracownicze. W ten symboliczny sposób na jednym zdjęciu uwieczniono warunki, jakie czekają na tych, którzy przyjechali „na wakacje i do pracy”. Tak się o tym mówi. I myśli się wtedy, że na wakacje, rzecz jasna, najpierw. Okazuje się jednak, że na wakacjach tychże, nawet sobota bywa pracującą.  Dzięki temu już niebawem, zamiast różnokolorowych pocztówek wyślą oni białe – i pełne – koperty. Zanim jednak do tego dojdzie czeka ich życie, jakie ja znam już nie tylko ze zdjęć. Życie rozgrywane pomiędzy pokojem ze wspólną kuchnią i łazienką a ogromną halą.

Opisując taką egzystencję można posłużyć się żartobliwym wyrażeniem, jakie na określenie swojego żywota stosuje mój znajomy. Zamieszkuje on zachodnie rejony województwa śląskiego. Dom jego posiada numer pierwszy dlatego – jak łatwo się domyślić – sytuowany jest przy wjeździe do miasteczka. Dodajmy, że owa miejscowość to jedna z tych przestrzeni, które mamy na myśli, mówiąc, że coś znajduje się za horyzontem oraz takie, gdzie do końca świata już blisko, psy tyłkiem szczekają, a ptaki zawracają, gdyż to właśnie tam mają krańcówkę. Nazywa się Nędza. Na pytanie: „jak żyjesz?” mój znajomy odpowiada: „Jak zwykle, na skraju Nędzy”.

Zapytacie, jak to możliwe, że zarówno niewielka przestrzeń domków, jak i ogrom pracowniczych hal zmieściły się na jednej fotografii? Otóż dzieliło je przejście szerokości najwyżej kilku metrów. Tak bywa i w rzeczywistości: wyobraźcie sobie, że po kilkunastu godzinach pracy wracacie wreszcie tam, gdzie jest wasz kawałek podłogi. Do dyspozycji macie jeszcze inne luksusy: kawałek łóżka, kilka minut pod prysznicem oraz jajecznicę na winie, czyli złożoną w tego, co się nawinie. Słowem: znajdujecie się w stanie ogólnej błogości. Ta chwileczka zapomnienia dosłowną jest chwileczką, dlatego mija w mgnieniu oka, zaraz po tym, gdy okazuje się, że zamiast upragnionej ciszy słyszycie doskonale znane Wam wentylatory, a w ich tle pobrzmiewające wesoło kroki, przechadzającego się jeszcze po pracowniczej hali szefa. Innego, jak pisał poeta, końca świata nie będzie.

Podobno, wchodząc na cmentarz, optymista zamiast krzyży widzi same plusy. Bez wątpienia, można je znaleźć w każdej sytuacji. Jeden, niezwykle jednak istotny, plus odnaleźć można nawet wtedy, kiedy okazuje się, że wasz dom dzieli od pracowniczej hali zaledwie dwumetrowy chodnik. Jaki? Otóż, jeszcze nigdy nie mieliście bliżej do roboty!