Tanio i dobrze. Wesoły autobus wyrusza na podbój Holandii!

Każdemu, kto rozpoczyna swą zawodową przygodę za granicą prędzej czy później – i raczej prędzej niż później – przyjdzie udzielić odpowiedzi na jedno, niezwykle istotne pytanie: jak dotrzeć, by było tanio, szybko i bezboleśnie? W tej dokładnie kolejności, choć w przypadku zaprawionych już w holenderskich bojach pracowników, kolejność ta prawdopodobnie w magiczny sposób ulegnie zmianie na: bezboleśnie, szybko i tanio. Wątpliwość pozostanie jednak niezmienna. Problem będzie to zaledwie teoretyczny, gdyż w takim przypadku wybrać należy to, co jest do wyboru. A wyboru nie ma. Do Holandii podróżuje się busem.

Wybór to, może i dość ograniczony, ale za to całkiem słuszny. Bus, pomimo swoich wad, posiada bowiem coś znacznie bardziej interesującego. Zalety. Wspaniała wiadomość: jest tanio i dobrze. Dokładnie tak, jak w przypadku tanich win, które są dobre, bo są dobre i tanie. „Szmal – jak pisała Agnieszka Osiecka – może wyparować, to w przyrodzie znane zjawisko”. Każdy, kto doświadczył tego słynnego prawa natury, z ulgą przyjmie do wiadomości fakt, że tym razem nie pójdzie z torbami. To znaczy, nie pójdzie w przenośni. A w realu? Jak najbardziej!

Na busa, który z umówionego miejsca zabierze, a następnie na umówione miejsce przywiedzie – to bodaj największa z jego zalet – trzeba przecież jakoś dotrzeć. Nie jest to takie proste, gdyż w trakcie żmudnego i skomplikowanego procesu zwanego pakowaniem, zwykle okazuje się, iż większość rzeczy nie zmieści się już do walizki, gdyż ta – w tajemniczy doprawdy i zgoła niepojęty sposób – nagle zmniejszyła swoją objętość o połowę.

A zabrałam tylko Rzeczy Najpierwszej Potrzeby! Kremy w kilku wydaniach, ale za to jednej firmy, więc to tak, jakby był jeden. Buty do tańca i do różańca. Torby na co dzień i od święta. Koniecznie w innym niż buty odcieniu, bo w tym samym byłoby niemodnie. I jeszcze obok toreb, ich mniejsze siostry – torebki: z ryżem, z makaronem, z otrębami. Z warzywami, bo zdrowo. Z mięsem, bo pożywnie. Z ciastkami, bo nie pytają, tylko rozumieją. Nie sposób przecież solidnie popracować, a jednocześnie dobrze powyglądać na głodnego!

Do tego: podróżna lodówka, parasol na deszczowy dzień, pluszowy miś na dobranoc, ładowarka do urządzeń różnej maści, przenośna suszarka, plastikowy widelec, latarenka z opcją radia, ulubiona książka z sentymentalną dedykacją, lekarstwa na milion dolegliwości, trzy kilogramy fotografii, kubek w kotki, masażer do stóp, ręcznik kuchenny oraz tysiąc pięćset dwa dziewięćset innych dupereli w liczbie znacząco przekraczającej objętość tego tekstu. Od razu widać, że proces pakowania przebiegał harmonijnie, dlatego obok siebie znalazły się produkty z jednej kategorii. Łatwiej będzie wszystko znaleźć, gdy o świcie, to znaczy pięć minut przed rozpoczęciem pracy, okaże się, że szafki w wynajętym mieszkaniu nadal pozostają puste, bo „to tylko pół roku, więc nie opłaca się rozpakowywać”. I znów odwieczny dylemat: łatwiej będzie odnaleźć stosowny zestaw odzieżowy, leżący na dnie walizeczki, samym, samiuśkim, samiusieńkim dnie; tam, gdzie już tylko koklusz, zagłada i wilcy wyją czy jednak zakupić nowe odzienie?

Wielogodzinne starania, tysiące mniej niż bardziej przekonujących argumentów, emocjonalnych nacisków, intelektualnych zarzutów oraz szantaży, na kolanach próśb, przy ścianie gróźb i podróżnych rytuałów – to wszystko zaczyna działać i wreszcie sprawia, że w porywie wspaniałomyślności, bagaż podróżny zamyka się z hukiem. Oddychamy z ulgą, ocieramy z czoła pot, czyścimy sumienie z wyrzutów, a potem z radością przywołujemy myśli o dobrodziejstwach zbliżającej się podróży i…. Wtedy okazuje się, że do przeniesienia dobytku, na który zamierzało się dopiero zapracować, potrzeba trzykrotnie więcej rąk niż się dysponuje i sześciokrotnie więcej siły. Niełatwe jest życie zarobkowego emigranta!

Jakimś cudem, podróżuję. Jako, że podróże kształcą, dowiedziałam się, iż niejaki Kanapisz, poeta-konduktor, zasłynął sentencją następującej treści: „Jeśli zaczniesz podróż, proś, aby była ona długa”. Kto był, ten wie, że podczas podróży do Holandii ta osobliwa poetycka modlitwa dobrodusznie zostaje wysłuchana. Zjawisko to, jako jedno z niewielu na świecie, działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Co ciekawe, postulat ten z biegiem czasu przybiera na sile i dzięki temu czasami odnieść można wrażenie, że im częściej podróż tę się rozpoczyna, tym jest ona coraz dłuższa. Jak to możliwe? Tej zależności nawet poeta-konduktor nie jest w stanie wyjaśnić.

Skoro już o długości mowa: standardowo zakłada się, że czas wspomnianej wyprawy wynosi 14 godzin. Z zegarkiem w ręku, choć z oczywistych względów, w tym przypadku na zegarek lepiej nie zerkać zbyt często i intensywnie. Z tej samej przyczyny na czas wycieczki lepiej wybrać zestaw odzieżowy w odcieniu niebieskim, gdyż – jak dowiedziono – kolor ten sprawia, iż mamy poczucie, że czas upływa szybciej. Odwrotnie działa zaś barwa czerwona, dlatego w podróży, w szkole, w pracy i na randce z nudnym blondynem polecana jest tylko tym spośród inteligentnych, którzy nigdy się nie nudzą i tym spośród pięknych, którzy za wszelką cenę próbują zatrzymać uciekającą młodość.

Bus zbliża się do miejsca docelowego. Pędzi z prędkością stu kilometrów na godzinę, więc niezależnie od koloru ubrania jest dosyć szybko. Jest również stosunkowo tanio. I w miarę dobrze. Atmosfera, w każdym razie, swobodna. Same zalety? No, prawie. Na wyświetlaczu leniwie przesuwają się potrzebne informacje. Data, godzina, temperatura, nazwy mijanych miast, imieniny. I oczywiście, ta najważniejsza: czy toaleta jest wolna. Żartowałam! Nie ma toalety. I to jest właśnie ta gorsza wiadomość!