Jak robić, aby się nie narobić a zarobić?

Na wozie czy na kozie? oraz inne dylematy

„Bez pracy nie ma płacy” – zwykła mawiać moja koleżanka z czasów licealnych. W sztuce parafrazowania przysłów nie miała sobie ona równych, o czym najlepiej świadczyć może inne preferowane przez nią powiedzenie. Brzmiało ono: „Raz na wozie… Raz na kozie!”. Było zresztą na tyle paradne, że w przypływie dobroduszności postanowiłam, iż po wielu latach kurzenia się w najbardziej niedostępnych zakamarkach niepamięci, ofiaruję mu nowe, wirtualne życie. Tak oto powstał tytuł niniejszego wpisu.

Zadziwiające, jak wiele mądrości zawierają niemądre powiedzonka rodem ze szkoły średniej. Te żartobliwe na ogół treści, nierzadko okazują się porzekadłami o charakterze ponadczasowym. Doskonale opisują więc nawet prawa rządzące światem dorosłości, w którym przecież nie zawsze bywa nam do śmiechu. Pół biedy, gdy zamiast na wozie, lądujemy na kozie. To, mimo wszelkich niewygód, nadal jakiś środek transportu, dlatego wciąż podróżować możemy przez życie, zmierzając nieustannie w lepszym kierunku. Drugie – większe? – pół biedy, gdy nie ma płacy, bo nie ma pracy. Tę przecież przeważnie można znaleźć. Cóż jednak zrobić w sytuacji, gdy pracy jest ponad miarę, a płacy wciąż nie przybywa? Któż z nas, współczesnych, nigdy nie był w takiej sytuacji i choćby raz nie zadał sobie pytania, które towarzysząc człowiekowi od dawien dawna i zarania dziejów jednocześnie, stało się bodaj najbardziej uniwersalną rozterką ludzkości? Ów filozoficzny dylemat brzmi: jak robić, by zarobić i się nie narobić?

Zamiast odpowiedzi, historia mojego znajomego, Macieja.

Maciej jest mieszkańcem Opolszczyzny od momentu urodzenia. Od tego czasu minęło już czterdzieści lat z okładem, co sprawia, iż obecności Macieja można upatrywać jedynie w gronie mężczyzn rosłych, znajdujących się w wieku, o jakim donosić można już tylko uprzejmie i bez krzyku. Mówi się o tym: starszochłopięcy. Żonaty. Bezdzietny. W poszukiwaniu lepszego życia Maciej stworzył kilka stron kreatywnego życiorysu zawodowego. W towarzystwie swojego najlepszego CV, zwanego: „wydaniem siódmym, poprawionym”, mnóstwo przemierzył kilometrów, pukając od drzwi do drzwi. Ponieważ jednak większość z tych drzwi nigdy nie stanęła przed nim otworem, z biegiem czasu kilometry te przemierzał już bardziej na kozie niźli na wozie.

Historia składanego w sekretariatach różnych instytucji życiorysu zwykle wyglądała podobnie: najpierw poleżał sobie on kilka długich miesięcy w szufladzie, zapomniany niczym pierwsza miłość i niechciany jak nastoletnia ciąża. Następnie służył za notatnik, bo pod spodem zwyczajowo Maciej pozostawiał niezapisaną stronę. Bywało, że w niektórych drzwiach stawał kilkakrotnie, już więc opatrzył się urzędniczkom i dlatego mógł się tam spotkać z życzliwym przyjęciem, godnym tradycyjnej polskiej gościnności: „Dzień dobry, Macieju, jak żyjesz, miło cię widzieć, zostaw tu CV, a my je zapiszemy po drugiej stronie. O, zdjęcie, bardzo ładne, wyszedłeś jak nie ty. Żegnamy, nie do zobaczenia”. Trzask-prask. Nie ma pracy, nie ma płacy.

Po kilku miesiącach bezowocnych poszukiwań Maciej wybrał jednak Holandię. W miejscu tym, okazało się, iż jego zaletą jest nie tylko kilkustronicowe CV, występujące w formie brudnopisu. Dobrodziejstwem był także fakt, że Maciej jest do ludzi podobny, co w praktyce oznacza, iż posiada dwie ręce oraz dwie nogi, a na dodatek całą czwórkę w pełni sprawną. Ponadto, za jego atut uznano coś, co u ludzi nie zawsze występuje w parze z bezusterkowymi kończynami. Chęci. Te na dobrą sprawę wystarczyły, by stać się „posłańcem szczęścia”, czyli kurierem. W ciągu pięciu kolejnych lat Maciej dostarczał mieszkańcom Amsterdamu prezenty nie tylko od święta, a na co dzień – jedynie dobre wiadomości.

Tak to jest z tą Holandią. Jest praca i jest płaca. Oczywiście, warunki mocno są zróżnicowane, jednak odkąd z niemałą dozą goryczy opisałam cienie pracowniczej sytuacji mieszkaniowej, mocne powzięłam postanowienie poprawy i znalazłam miejsce także dla rozlicznych blasków życia na emigracji. Wszyscy dobrze wiemy, że ta kropla dziegciu rozpływa się przecież w ogromnej beczce miodu. Nawet na tych, którzy pracować chcą jedynie fizycznie czeka ogrom zajęć przy taśmie, na polu tulipanów czy budowie. Spore możliwości czekają również tych, którzy wyzwań się nie boją, a obok gibkich kończyn władają także umysłem aktywnym i głową pełną pomysłów.

„Pracy to tam jest do końca świata” – słyszy się często w kontekście holenderskich wojaży zawodowych na polskich ulicach. Do wyboru, do koloru. Rzecz jasna, żadne z tych zajęć nie przedłuży korzyści, wynikających z egzystencji człowieka bezrobotnego, dlatego od momentu podjęcia pracy, poniedziałek będzie dniem długim nie tylko z nazwy. Co więcej, mimo tego, że od innych dni będzie miał zdecydowanie więcej godzin, czasu tego nie da się przeznaczyć na sen. Z drugiej jednak strony, bezpowrotnie i bez żalu zapomnieć będzie można o niedolach i przywarach bezrobocia. Niewielka to strata, bo w większości przypadków, w stanie zawodowego spoczynku jeździć można jedynie na lodzie oraz wiadomą częścią ciała po nieheblowanej desce. Zwyczajowo, jedynie do wanny pełnej spirytusu. A może zdarzy się tak, że życie człowieka pracującego przyniesie sporo satysfakcji i to właśnie dzięki niej czas minie tak szybko, że ani się ktoś obejrzy, a już okaże się najdłużej pracującą osobą? Taką, która pamięta nawet najstarszych górali? Warto spróbować!

Jeśli zaś zdarzy się tak, że zadowolenia nie przyniesie praca, z pewnością stan ten zmieni coś znacznie przyjemniejszego. Zwie się ono: wypłatą. Przy odrobinie wytrwałości i szczypcie chęci, rychło pożegnać się można będzie z ponurą wizją życia, w którym bieda z nędzą razem pędzą. Niewykluczone, że wówczas w stronę lepszego jutra – i na ojczyzny łono – już nie na kozie popędzicie, lecz na wozie. A ściślej mówiąc: wozem. I to nie byle jakim, bo zapewne wyższej niż sąsiada klasy!

Oferty pracy

ostatnio dodane